300KM Full Eco

300KM Full Eco

0 komentarzy 📅14 stycznia 2015, 23:44

U mnie czysta dwanaście!

Warszawa, sobota, 18 października , godzina 05:47, puste miasto, ciemno. Grubo spóźniony przecieram oczy ze zdumienia, ale to nie fatamorgana. Rzeczywiście jest sporo osób, namiocik organizacyjny rozbity, światło w mybike.pl rozpalone, ruch przy drzwiach. Ludzie nie zawiedli, jedziemy!

Widząc tylu amatorów szosy, rozłożony sprzęt, studiujących mapy i trasę,  kolarzy poprawiających przerzutki, pompujących koła wiedziałem, że jestem w doskonałym miejscu o idealnym czasie, wszystko co piękne w kolarstwie miało miejsce „tu i teraz” i ja tam byłem.

 

Trasa przejazdu

 

Bez nerwów, to ma być przyjemność

W myśl słów głównego organizatora (czytaj „temu, któremu się chce coś robić”) Michała Bodka ruszyliśmy bez nerwów z ok. 40 minutowym opóźnieniem. My – czyli rowerzyści skupieni wokół grupy „Cyklista w Warszawie”, ale nie tylko – pojawili się znajomi znajomych, ciekawscy z innych ekip i tym sposobem uzbierało się 65 osób gotowych na nierówny bój z trzema lub dwiema setkami kilometrów. Podzieleni na grupy, uzbrojeni w różny sprzęt: kolarki, trekkingi, nawet tandem MTB (!) startowaliśmy z Al. Niepodległości 119 w kilkuminutowych odstępach czasowych i dla urozmaicenia w dwóch kierunkach trasy (na Górę Kalwarię / na Piaseczno).

Przy każdym rowerowym wypadzie najgorszy jest wyjazd z miasta – sygnalizacje świetlne, dziesiątki „czerwonych”, towarzystwo samochodów, autobusów (!) wszystko to odciąga w czasie właściwą jazdę i opóźnia prawdziwą przyjemność. Tym razem dzięki porannej godzinie i wolnym od pracy dniu udało się całkiem szybko przemknąć na drugą połowę ul. Puławskiej, w okolice ul. Karczunkowskiej – czyli miejsca gdzie żegnaliśmy się z miastem na ok. 11 godzin i gdzie poczuliśmy prawdziwe rozpoczęcie Touru. A było się z czym zmagać…

Na kilka dni przed startem podzieliliśmy się w grupie na odcinki – każdy z nas odpowiadał za swój kawałek. Najgorzej jest pomylić trasę i później nadrabiać – woleliśmy tego uniknąć. Los chciał, że na starcie dołączył do nas zawodnik z …. GPS, co (jak się później okazało) miało kolosalne znaczenie dla powodzenia wyprawy.

19da7f_9733e36d4b2f4f1fa3499d9a9b101938.jpg_srz_596_446_75_22_0.50_1.20_0

Za pierwszy fragment odpowiadałem ja. Jeszcze szarówka, mokra jezdnia, a do tego mgła, czerwone tylne światełka u każdego włączone na maxa – w takich warunkach widoczność to sprawa najważniejsza. Już początek pokazał, że nie jesteśmy zgrani – nie mogliśmy się zdecydować, czy jechać parami (było nas sześciu), pojedynczo, w jakim schemacie i co jaki czas zmieniać się na prowadzeniu. Początki zawsze są trudne, a w głowie ciągle kołatało się jedno – jeszcze prawie 300 kilometrów do przejechania. Być może ta perspektywa na tyle ciążyła, że pierwsze kilometry w i z Piaseczna wyjątkowo się dłużyły.

Gołków, Henryków-Urocze, Prace Małe ciągnęły się w nieskończoność – a tak bardzo chcieliśmy być już w Tarczynie, czyli pierwszym większym punkcie na naszej długie mapie. To co dało się zapamiętać z tego odcinka to pierwsze przejaśnienia (choć o słońcu nie było mowy), suchsze fragmenty i momentami zupełna cisza idealnie współgrająca z szumem kół.

Właśnie takie chwile pozostają na długo w pamięci! Przejeżdżając na zmianę między polami i lasami cieszy każda odmiana – np. PGR w Runowie, czy próba odnalezienia działki znajomych przez jednego z nas. Oczywiście nie było na to szans, zwłaszcza z „siodła” i przy średniej prędkości 30 km/h, ale za to mieliśmy ciekawe urozmaicenie jeszcze póki co sennego Touru.

Wjazd do Tarczyna poprzedzony był przymusowym postojem na sygnalizacji świetlnej (przecięcie trasy E77), a później już gładko w prawo na rynek, na górce w lewo i zjazd i znów góra – dół. Pisząc „góra” nie mam oczywiście na myśli podjazdu pod Gliczarów , a jedynie momenty kiedy trzeba cokolwiek przycisnąć, aby zachować ustaloną prędkość i raźnym tempem pokonać wzniesienie.

Dalej znak „roboty drogowe” mógł zmylić wyjeżdżających z Tarczyna w kierunku Janówka i Przypek – ale nie nas! Trzy dni przed TdW jechałem ten odcinek i wiedziałem, że wszelkie objazdy „proponowane” przez firmę drogową nie mają sensu, wystarczyło zwolnić i po ubitym piachu spokojnie przejechać nierówny kawałek. Dalej w okolicy Krakowian był super asfalt (niestety tylko kilka kilometrów) i chroniący od wiatru las. Przycisnęliśmy, prędkość i gładka powierzchnia wywołały moc endorfin, szkoda, że ten odcinek trwał tak krótko.

Kolejne kilometry spokojnej jazdy wiązały się głównie z oczekiwaniem na Grodzisk Mazowiecki. Jednak tuż przed wjazdem do miasta zauważyliśmy migoczące w oddali czerwone światełka. Ich ilość wskazywała, że nie jest to przypadkowe zbiorowisko, a zorganizowana grupa. A, że nie była to zwykła grupa okazało się, kiedy pokonaliśmy mgłę i podjechaliśmy bliżej. To ‚nasze’ dziewczyny, które atakowały dystans 200 km (TdW200). Wspólnie wjechaliśmy do Grodziska, gdzie przy znaku zrobiliśmy zdjęcia (podobnie zresztą jak w innych większych punktach na trasie) i po krótkim postoju pojechaliśmy dalej. Niestety nie wspólnie – regulamin Touru zabraniał łączenia grup, nad czym do tej pory bardzo ubolewamy.

Czy wspominałem już, że nawet przez moment podczas całej trasy nie wyszło słońce? Nic się nie zmieniło, za Grodziskiem nie tylko nie wyjrzało, ale zrobiło się jeszcze bardziej ponuro i dżdżyście.

Stacja benzynowa tuż przed Błoniami była miejscem naszego pierwszego dłuższego postoju. Teraz możemy się zastanawiać czy nie było na to za wcześnie lub czy nie straciliśmy tam za dużo czasu. Nie ma sensu w to wnikać. Los chciał, że oprócz batonów, coli i kawy zobaczyliśmy tam olbrzymią kolekcję „skórzanych” prawie oryginalnych torebek, torebiuniek i portfeli co w połączeniu z dystrybutorami paliwowymi i lejącą się z głośników muzyką disco pozostawiło trwały ślad na korze mózgowej.

Mimo tych traumatycznych przeżyć niekoniecznie chciało nam się wracać na trasę, ale jechaliśmy dale – a na siodle prawie bez zmian – doszły silniejsze porywy wiatru i zaczęło mocniej padać. W tych okolicznościach przyrody i po znacznie gorszej nawierzchni wjechaliśmy do Błoni. Tutaj kilka zakrętów, świateł i przed nami wydawałoby się prosta droga w kierunku Kampinosu.

Nic bardziej mylnego, odcinek Błonie – Leszno był fatalny. Wąsko, dziurawo, z koleinami, do tego marsjański krajobraz – po dwóch stronach zaorana po horyzont ziemia i przepiękny „zapach” chemicznych nawozów. W głowie jedna myśl – byle do Leszna, tam jest super droga przez Kampinos w kierunku na Nowy Dwór. Dłużyło się niemiłosiernie, ale w końcu uśmiech zagościł na naszych wszystkich sześciu twarzach, tuż za kościołem (do którego chadzał Robert Lewandowski – mówił o tym plakat na ogrodzeniu) – przepiękny asfalt, a już za chwilę las, który chronił od wiatru. Droga z poboczem – a więc spokojnie można było porozmawiać, żart się trzymał, koła kręciły, prawie idealnie.

Prawie… W okolicy Cybulic, czyli na dystansie ok 100 km u jednego z nas pojawiły się pierwsze problemy z kondycją. Postój na szybki energetyczny ‚zastrzyk’ pomógł, ale na krótko. Przejazd nad krajową siódemką na Gdańsk był szarpany, ale jakoś udało się razem dojechać do Nowego Dworu, gdzie czekały na nas dziewczyny i jedna grupa męska – wyprzedzili nas podczas postojów. Szybka fota pod mapką miasta, banan i ruszyliśmy dalej. Janówek Pierwszy pokonaliśmy jeszcze wspólnie. Ale im dalej tym więcej problemów.

Fakt, że jechaliśmy w takim składzie duży dystans po raz pierwszy nie ułatwiał podejmowania decyzji – czy jechać tak jak pierwotnie zakładaliśmy ze średnią 28-30 km/h, czy może zwalniać i jechać twardo grupą kiedy ktoś odpadał.

Odjeżdżaliśmy, wracaliśmy by zabrać na koło, jechaliśmy kawałek wspólnie, by znów się poszarpać. Dodatkowo okolice nie napawały optymizmem – albo nowowiejska architektura wraz z obejściem, albo pola, co w połączeniu ze wzmagającym się wiatrem oraz naszymi wewnętrznymi problemami dawało mizerny prognostyk na kolejne kilometry. I w takim marazmie mijaliśmy Krubin, Olszewnicę, Kałuszyn, Skrzeszew, Wieliszew oraz Nieporęt, gdzie na stacji benzynowej zapadły męskie decyzje.

Dwaj koledzy zdecydowali się zrezygnować z dalszej jazdy, z jednej strony sami przyznali, że to nie był ich dzień, a z drugiej pozostała czwórka miotała się między chęcią ukończenie TdW w sensownym czasie (czytaj dojechania „za dnia”), a współpracą na rzecz dojechania w szóstkę. Sytuacja problematyczna – warta do przemyślenia dla wszystkich jeżdżących.

Zatem zostało nasz czterech. Ciężko powiedzieć jaka jest idealna liczba kolarzy w grupie, aby jazda była efektywna i chociaż trochę mniej męcząca. W naszym przypadku nie była to ani szóstka, ani czwórka.

Z racji dłuższego niż planowaliśmy postoju w Nieporęcie postanowiliśmy przycisnąć. Niestety znów jezdnia nie była w najlepszej formie. Nie chcieliśmy jechać po dziurach, wybraliśmy mniej bezpieczny wariant – czyli środek pasa, za co serdecznie pozdrawiali nas inni uczestnicy ruchu. Już po kilku kilometrach przynajmniej u dwóch z nas dała o sobie znać zbyt duża liczba przyjętego pokarmu i płynów. Zapiekanka z Orlenu (doprawdy nie wiem skąd ten pomysł) przypominała o sobie jeszcze wtedy kiedy my już wspominaliśmy przejechane TdW w „Resorcie”. Zegrze mimo pewnych nadziei nie zaskoczyło nas kojącym szumem fal, orzeźwiającą bryzą ani pięknymi widokami.

Na wysokości Białobrzegów było jeszcze zimniej i wietrzniej niż dotychczas, a i sama woda nie zachęcała do niczego z pewnością nie do kąpieli. Marazm, zmęczenie, słaba pogoda, słabnąca motywacja – jak w tym wszystkim się odnaleźć? Na szczęście te mało optymistyczne czynniki stają się prawie niezauważalne w momencie kiedy widać kolejne mijane wioski, gdy rozpoznajesz drogę znaną wcześniej tylko z widoku satelity lub street view w google – kiedy noga podaje, koła kręcą się z sensowną prędkością, a dookoła masz twardych kompanów. Czyli jeszcze póki co psychika silna – nastawiona na zabijanie w zarodku myśli o dodatkowym postoju, zwolnieniu do 20 km/h, czy zakończeniu jazdy.

Ten odcinek był dla mnie ciekawy, ponieważ nigdy wcześniej tędy nie jechałem – wszystko było nowe i dzięki temu trzymało w pozytywnym napięciu. W Radzyminie ledwie zobaczyliśmy dwie ulice i odbiliśmy na Stary Dybów. Tak, nie mylicie się – nie było tam kompletnie nic ciekawego. Wola Rasztowskia, Wólka Kozłowska, Tłuszcz, Jasienica, Miąse, Międzyleś, Pustelnik – te nazwy będę wykrzykiwał w nocy podczas miłego snu, jechało się bardzo dobrze i zanim się obejrzeliśmy mieliśmy ponad 200 km w nogach. Przyznam, że niewiele mogę powiedzieć o wymienionym wcześniej odcinku, bo nie było czasu na rozglądanie się – jechaliśmy swoje, mieliśmy siły, zaczynaliśmy nabierać tempa, trochę się rozumieć i wyczuwać płynne zmiany.

Krytycznym okazały się być kilometry tuż po dwusetnym – dawało znać o sobie zmęczenie i odzywały się zapomniane lub odnowione kontuzje. Jeden z nas tydzień po kolizji z taksówką lizał rany (lód w spreju, tabletki przeciwbólowe), mnie z kolei doskwierała skręcona dawno temu kostka. Niestety te bolączki trzymały się nas już do końca Touru. Widać, że Cyklista mocno kombinował z trasą tak, że sam pewnie już podczas jazdy rowerem dziwił się, że wybrał tak parszywy asfalt. A wybierał miejscami najparszywszy z parszywych.

Przed Mińskiem zdecydowaliśmy się na kolejny postój – miał być szybki, ale i tym razem nie wyszło, 20 minut uciekło, czyli o 10 min za dużo. Aczkolwiek ta przerwa miała też walory poznawcze, dowiedzieliśmy się jak parkuje się samochody pod wiejskim sklepem, jaki styl przybrać na deszczowe popołudnie, a przede wszystkim, że głośność w sprzęcie car-audio zawsze, absolutnie zawsze nastawiona jest na maksimum.

19da7f_9e09ee77033f4ac2b66cb38a2a0e61cb.jpg_srz_524_698_75_22_0.50_1.20_0

W Mińsku pamiątkowe zdjęcie (tak, przez wcześniejsze 100 km trochę o tym zapomnieliśmy) i spina do Kołbieli. Dla słoików i pasjonatów wschodnich terenów znany punkt na mapie – korki po horyzont i znienawidzone rondo. Tym razem obyło się bez przeciskania między samochodami i TIRami, pierwszy zjazd z ronda i pierwszy skręt w lewo – czyli trasa na Otwock. Od razu zaznaczam, że tak jak Cyklista potrafi zepsuć asfalt tak na tym odcinku popisał się totalnie i zaplanował przejazd idealny – super nawierzchnia, piękny las, miłe urozmaicenia w postaci pagórków, zakrętów – szkoda, że tak krótko.

W Otwocku serdecznie pozdrowiliśmy rowerzystę, który donośnie krzycząc przekonywał nas, żeby zjechać na pofałdowaną ścieżkę brukową. Rowerzysta rowerzyście czasem wilkiem. Mijając Otwock mieliśmy w nogach 260 km trasy. Coś co do tej pory układało się w głowie jako zbitek kolejnych miejscowości i mniej lub bardziej znanych odcinków teraz przedstawiało całkiem sensowny kawałek mapy. 260 km to trochę więcej niż mój dotychczasowy rekord, dlatego na tym etapie czułem spełnienie, ale apetyt na 300 km wzrastał.

Trasę do mety miałem ułożoną w głowie i dla łatwiejszego odliczania podzieliłem na kawałki – pierwszy od Otwocka równolegle względem Wisły do trasy nr 50, drugi od pięćdziesiątki przez Górę Kalwarię do pewnej ‚górki’ w Kawęczynie, trzeci najnudniejszy przez Konstancin na Pl. Teatralny do „Resortu”. Niestety szarówka i szybki zachód słońca nie są miłymi współtowarzyszami trzystukilometrowej wyprawy, nie dodają też siły i optymizmu. W dodatku samochody z różnie ustawionymi reflektorami nie pomagały oczom. W tym wypadku zmienialiśmy się często na krótkie odcinki, mi niestety wysiadła tylna lampa i nie mogłem jechać na końcu. Zawsze lubiłem drogę między Konstancinem, a Górą. Jakoś dało się wydobyć z krajobrazu znajome punkty co przybliżało metr po metrze do celu i dawało odetchnąć głowie, która przeliczała i kombinowała gdzie jesteśmy, ile jeszcze zostało i czy aby mimo wszystko nie odpuścić.

Na szczęście wjechaliśmy do Konstancina i przestałem się już nad czymkolwiek zastanawiać. Udawaliśmy, że nie widzimy znaku przekreślonego rowerzysty i jechaliśmy ulicą, aż do momentu kiedy na wysokości Powsina asfalt robi się tragiczny, poprzecinany w poprzek dziurawymi pasami, wówczas zjechaliśmy na ścieżkę aż do Wilanowa.

Większość z nas na tej wysokości miała już ponad 300 kilometrów. Czy były fanfary, fajerwerki, ordery, całusy pięknych pań? Nie było. Za to fun z idealnie spędzonego dnia był przeogromny! Cieszyła trasa, sprawny rower, brak kontuzji, doborowe towarzystwo, a dodatkowo maksymalnie pozytywnie nastrajało poczucie, że wzięło się udział w niebanalnym wydarzeniu. Odcinek do „Resortu” chyba trochę przekombinowaliśmy, ale w sumie każdą trasę przez miasto można jechać na kilka sposób i każdy wybrany okazuje się później tym nietrafionym. W zasadzie było nam wszystko jedno, widzieliśmy już przed sobą zimne piwo – jak cudownie gasi pragnienie, uspakaja rozkołatane mięśnie i jeszcze bardziej układa usta w szczery uśmiech.

Po przybyciu na miejsce okazało się, że przed nami dotarły dwie męskie grupy oraz dziewczyny. Czyli mieliśmy trzeci czas na 10 grup – zupełnie przyzwoity wynik jak na debiut w takim składzie, w takiej formule i na takim dystansie.

Przygotowano dla nas dolną część lokalu – bardzo słusznie, kolarze prosto z całodziennej jazdy nie należą do najszykowniejszej klienteli. Sen o chłodnym piwie szybko się ziścił i mogliśmy dyskutować o przejechanej trasie, chociaż w zasadzie więcej czasu poświęciliśmy na planowaniu kolejnych kilometrowych podbojów. I tak najważniejsze w tym temacie zdanie będzie miał Cyklista – Michał, co planujesz dla nas na wiosnę?

Trzysta, trzysta i po trzystu…

Dzień rozpoczął się dla mnie o 05:10 (czyli o pół godziny za późno), wystartowaliśmy o 06:40, w siodle spędziliśmy ok. 11 godzin 30 minut, w Resorcie zameldowaliśmy się o 18:25. Średnia prędkość – 29 km/h, maksymalna (u mnie) 51 km/h. Spalone ok. 8 000 – 10 000 kcal. Kierunek: przez Piaseczno dookoła lewa cześć Warszawy, przez Zegrze, później prawa strona od Mińska i powrót przez Górę Kalwarię. Łącznie 312 km. W zasadzie mógłbym cały opis tego dnia sprowadzić do powyższych czterech krótkich zdań. Tylko, że kolarstwo w wydaniu Cyklisty to nie liczby, a przyjemność z jazdy, coś czego nie da się oddać za pomocą licznika.

Nie wiem w jakim kierunku rozwinie się Tour de Warsaw lub inne wydarzenia organizowane przez Michała takie jak Wielkie Pętle, czy Nocne Pojazdówki, ale wiem, że ten rodzaj kolarstwa bardzo mi odpowiada i będę brał w nim udział. Zapraszam wszystkich niezdecydowanych i zdecydowanych na sezon 2015, a póki co organizowane są spontaniczne akcje – tor w Pruszkowie, rekordy prędkości na stacjonarnej szosie.

Kręcimy, kręcimy!

 

PS. ogromne podziękowania za wspólną jazdę dla Grześka, Pawła, Roberta, Tomka i Tomka!

Artykuł pierwotnie opublikowano na tourdewarsaw.pl

Udostępnij artykuł: