Pomarańczowe wakacje – Holandia

Pomarańczowe wakacje – Holandia

Pomarańczowe wakacje – Holandia

0 komentarzy 📅31 sierpnia 2014, 22:07

Ser Edamski, tulipany, wiatraki, mosty i kanały, a może czerwone latarnie i zielone…zioła. Jakich wrażeń dostarczy Holandia? – kłębiło mi się w głowie, gdy mijaliśmy liczne wiatraki wzdłuż niemieckiej autostrady. W planie, przy okazji wizyty w niemieckim parku rozrywki Hansa Park,  zaplanowaliśmy trzy dni w Holandii. Czy wystarczy by poczuć charakter tego kraju? Przekonajmy się.

Start

1100 kilometrów do przejechania z Warszawy do Groningen jednym hopem z dziećmi – zapowiada się trudne zadanie. Wyjazd jeszcze bladym świtem pozwolił przebyć pierwsze setki kilometrów autostrady A1 w ciszy i spokoju ze śpiącymi dzieciakami na tylnym siedzeniu. 73zł wniesionych na autostradzie opłat, kilka kanapek i jesteśmy na pierwszym posiłku tuż przed niemiecką granicą. Ostatnie tankowanie i już za chwilę będzie można porównać jakość autostrad tych jeszcze świeżych, polskich i osławionych a jeszcze darmowych niemieckich. Zaskoczę lub nie, ale nasze polskie autostrady poza, mam wrażenie, większym hałasem opon przy wyższych prędkościach jakością nawierzchni przewyższają często już wymagające remontu autostrady Niemiec.

Jednakże nie daje mi spokoju myśl o ciągnących się kilometrami barierach dźwiękochłonnych i skomplikowanych rozjazdach wokół naszych autostrad versus prawie nierzucające się w oczy, naturalne wyciszenia przy trasach w Niemczech i zjazdy praktycznie wprost na lokalne, podrzędne drogi bez rozbudowanych serpentyn. Na odcinkach autostrad ze zwiększonym ruchem bezcenne są trzy pasy, gdzie ciężarówki zajmują prawy, a na czas manewrów wyprzedzania środkowy pas – od momentu uruchomienia tachografów i sztucznego ograniczenia prędkości maksymalnej wyprzedzanie trwa wieki. Dla aut osobowych pozostaje lewy i środkowy pas. Po przejechaniu okolic Berlina na autostradzie widać prawie same niemieckie auta, a na poboczach mnóstwo wiatraków oraz pól z ogniwami fotowoltaicznymi. Już na pierwszy rzut oka widać zarówno mocny nacisk na kupowanie rodzimych, niemieckich aut jak również duże inwestycje w zieloną energię. Zarówno Niemcy jak i Holandia wyczerpała już limit możliwych do wybudowania wiatraków i pozostaje wyłącznie demontaż, sprzedaż np. do Polski i zamiana na bardziej efektywne energetycznie egzemplarze. Czemu o tym piszę? Wzdłuż samej tylko trasy minęliśmy co najmniej 832 sztuki wiatraków policzone przez lekko znudzonego ośmiolatka i to tylko w przerwach w czytaniu. W okolicach Hannoveru kierujemy się na północny zachód przez Bremen, Oldenbruk Leer  i dalej w kierunku Groningen – naszego miejca docelowego.

 

DSC05113

 

Holandia

Zaraz po przekroczeniu granicy zatrzymujemy się na kilka chwil by poczuć zapach holenderskiego powietrza i rozprostować dosyć już utrudzone podróżą kości. Pierwsze, co rzuca się w oczy po zjechaniu z autostrady to zadbane wąskie, jednopasmowe drogi asfaltowe biegnące wśród zieleni łąk i towarzyszące im ścieżki rowerowe – spore zaskoczenie. Nie mieliśmy wątpliwości, że napotkamy ich sporo, ale w najśmielszych oczekiwaniach nie spodziewaliśmy się, że ścieżek rowerowych będzie prawie aż tak dużo, jak dużo jest dróg dla samochodów.

Dojeżdżamy do Groningen. Dużo mniej aut na ulicach, ale za to wreszcie inne marki niż Volkswagen, Audi, Bmw czy Mercedes. Już po pierwszych kilku chwilach można nabawić się kompleksów – ulice są zadbane,  budynki estetyczne, ale nie są „poprawne” jak w niemieckich miastach – tu daje się odczuć dodatkowo nutkę finezji/fantazji.

 

Miejsce docelowe jest kilka kilometrów za Groningen więc śpiesznie kierujemy się poza miasto. Trudy długiej podróży od kilkudziesięciu kilometrów przerodziły się w rosnące coraz bardziej zniecierpliwienie najmłodszego, trzyletniego podróżnika. Myśląc o kanałach zwykle na myśl przychodzi Wenecja lub, jeśli nie chodzi o to wybitnie rozsławione romantyczne miasto,  łódki oczekujące na przepłynięcie koło zwodzonego mostu. To, co obserwujemy w Holandii to alternatywna sieć dróg i … wszędobylskie łodzie „zaparkowane” koło domu, a obecność kanałów wodnych jest równie naturalna jak występowanie dróg – trudno się zresztą dziwić – ponad jedna czwarta powierzchni kraju leży poniżej poziomu morza.

IMG_0089

Mamy zacięcie do obcowania z naturą więc wynajęliśmy namiot u przemiłych holendrów. pewnie myślicie z małymi dziećmi pod namiot – szaleństwo. Cóż, argumentów za jest całkiem sporo – powierzchnia około 40 m2, kuchenka gazowa, prąd i oświetlenie, ekspres do kawy Krups z kapsułkami wszelkich smaków, mały kominek, trampolina, sporo zabawek dla dzieci i wiele innych. Jako naprawdę niewielki minus zaliczamy toaletę i prysznic w oddaleniu ok. 30m, zdecydowanie zrekompensowany w zestawieniu z przemiłymi gospodarzami i serwowanymi co rano śniadaniami, które smakiem i obfitością nie odbiegały od pięciogwiazdkowych hoteli – pyszności. Największą dla mnie wartością był fakt, że po wyjściu z namiotu od razu trafiało się na bezkresną zieloną trawkę poprzecinaną kanalikami i pastwiskami oddającymi charakter rolniczej strony Holandii.

Następnego dnia wyruszamy zmierzyć się z osławionym smakiem serów edamskich i otwartością narodu holenderskiego  – w planach Edam i Amsterdam. Autostrada A7 prowadzi nas przez Drachten, Heerenveen, Sneek i Martinikerk i dalej przez niezwykle interesującą groblę. Przejazd, tzw. tama ma 32 kilometry długości, 90 metrów szerokości i 7,25 metra wysokości i  oddziela słodkowodny zbiornik IJsselmeer po lewej od Morza Północnego znajdującego się z naszej prawej strony.  Budowa tamy pozwoliła na stopniowe osuszanie dawnej zatoki, co prowadziło do powstawania żyznych polderów i tym samym do powiększania się powierzchni kraju. Po kilkunastu kilometrach na zjeździe do stacji benzynowej Texaco, wybudowanej na sztucznie usypanym terenie na tym i tak wąskim przesmyku skręcamy w stronę zatoczki z dryfującymi łódkami i widokiem na bezkresne wody. Morze Północne nie zachęca do rozkładania leżaka – po kilkunastu minutach spacerowania i porządnego wychładzania przez wiatr wracamy na zaplanowaną trasę.

Proszę nie wzywać ekologów – kapuście morskiej nic się nie stało. Ruszamy dalej.

Edam

Wjeżdżając do kolejnych przydrożnych miasteczek potęguje się odczucie, że Holendrzy żyją w zgodzie z naturą, harmonii i uporządkowaniu – widać to na każdym kroku, trawniku i ogródku. Są mili i uprzejmi, ale niezbyt otwarci i żywiołowi. Z artystycznym zacięciem, ale bez charakterystycznej np. dla Włochów energiczności i hałaśliwości. Sama natura też jest raczej mało urozmaicona – prawie nie napotykaliśmy lasów, pagórków i rzek. Krajobraz wzbogacają liczne kanały i pasące się na bezkresnych łąkach zwierzęta.

W Edamie zatrzymujemy się na parkingu przy uroczym kanale i wyruszamy w stronę sklepików przypominających o produkowanych w tym miejscu serach. Sklepy z osławionymi serami mają bardziej charakter pamiątkarski niż rodzimych sklepów z wyrobami mleczarskimi. Niektóre z nich nawiązują wystrojem do naturalnych sposobów produkcji zachęcając bogato udekorowanymi witrynami do wejścia do środka.

Można tu pokosztować różnego rodzaju wariacji serowych – od klasycznych serów edamskich poprzez łagodne odmiany, te przyprawione ostrą papryką i te wyrabiane z mleka koziego. Z lekkim rozczarowaniem próbując już w domu kupione specjały muszę powiedzieć, że poczułem się trochę jak po zakupie oscypków w Zakopanem – te próbowane zwykle są świeże i pyszne, a te zakupione… bywa różnie … niektóre są przepyszne i po sekundzie można wyczuć doskonałą jakość, inne zaś trochę rozczarowują.  Nauczyliśmy się jednak, że dobrą praktyką jest zakup sera w zwykłym sklepie – szczególnie przypadł nam do gustu podwędzany kozi ser o głębokim, mocno odczuwalnym smaku – rewelacja. Spacerując po leniwie wyglądającym miasteczku i rozkoszując się uroczymi wąskimi uliczkami z dopieszczonymi do najmniejszego szczegółu domkami spędziliśmy wyśmienicie przedpołudnie.

IMG_0221

Zatrzymujemy się jeszcze w sąsiedniej miejscowości Volendam, położonej nad jeziorem Markeermer o zdecydowanie bardziej turystycznym charakterze. Ulice miejscowości z wyjątkiem zabytkowej nadbrzeżnej części są opustoszałe. Gdy docieramy na nadbrzeże dowiadujemy się dlaczego. Turyści oblegają liczne tu bary, puby i miejsca z pamiątami. Kolejne mile spędzone chwile.

Czas  jednak nieubłaganie płynie – pamiętając o celu głównym ruszamy w dalszą podróż.

Amsterdam

Samo miasto na pierwszy rzut oka zgodnie z wyrobionymi już oczekiwaniami jest schludne i uporządkowane, ale nie brakuje gdzieniegdzie znanej już finezji. Dzięki wszechobecnym rowerom i gęstej sieci autostrad i obwodnic podróżowanie w centrum Amsterdamu nie jest uciążliwe ze względu na inne samochody. Dużo więcej kłopotu sprawiają wszędobylskie rowery (ponad 900 tysięcy w samym tylko Amsterdamie), na których jeżdżą niemalże wszyscy niezależnie od wieku, pory dnia i pogody. Świetnie to zresztą widać po smukłych sylwetkach mieszkańców Niderlandów.

Próbujemy zaparkować. Jak się okazało nie jest to zadanie ani łatwe, ani tanie. Uliczki są wąskie,  miejsc parkingowych, ulokowanych gdzieniegdzie wzdłuż kanałów nie ma zbyt wiele, a cena godzinnego postoju to 4 do 5 EUR zależnie od odległości od ścisłego centrum. Duży plus za wszechobecne  na parkingach punkty ładowania pojazdów elektrycznych z „przyklejonymi” do nich tu Mitsubishi Outlander PHEV, Oplami Ampera czy Renault Zoe. Nie opłaca się również kombinować z parkowaniem bez wniesienia opłaty – służby parkingowe są sprawne i bardzo surowe . Jeśli postój planujecie na dłużej niż godzinę to alternatywą jest pozostawienie auta w Park+Ride  w cenie od 6 do 8 EUR za dzień z wliczonymi w cenę biletu przejazdami w dwie strony dla max.5 osób do dowolnej stacji metra.

Marihuana i czerwone latarnie

Auto zaparkowane w centrum – czas się rozejrzeć. Pierwsze wrażenie – znaleźliśmy…las… drzewek marihuany. Całe niemalże centrum jest zdominowane przez dziesiątki sklepów oferujących marihuanę we wszelkich dostępnych odmianach i stanach (od nasion, przez różnej wysokości krzewy do produktów przetworzonych na charakteryzujące się zielonym kolorem, lizaki, ciasta, czekolady, zapiekanki czy zmodyfikowane masło, ale ilości dostępne w każdym sklepie są regulowane i ściśle przestrzegane). Nie brakuje również coffeeshopów i barów pełnych turystów.

Jednym słowem w ewidentny sposób Amsterdam korzysta turystycznie z przywileju legalności marihuany i widać to naprawdę na każdym kroku, a tysiące turystów zapełniających ulice są tego potwierdzeniem. Kolejnym tabu przyciągającym do Amsterdamu jest dzielnica czerwonych latarni. Zadziwiająco same panie stojące w licznych witrynach, zachęcające do odwiedzenia czerwonych wnętrz, (przynajmniej w ciągu dnia) nie zaburzają poczucia estetyki swoimi skąpymi strojami. Zupełnie inne odczucia wywołują  za to dosyć liczne sklepy z akcesoriami erotycznymi eksponującymi często w dosyć obsceniczny sposób najróżniejsze gadżety. Lepiej więc nie zabierać w to miejsce dzieci. Jednak sam spacer dziesiątkami wąskich, zadbanych i zatłoczonych uliczek wzdłuż niezliczonej ilości mostów i kanałów dostarcza dużej ilości pozytywnych wrażeń i emocji

Robi się już późno. Ruszamy w drogę powrotną tym razem Autostradą A6 przez Almere, Emmeloord a następnie A7 przez Heerenveen na drugi i ostatni już nocleg w Holandii. Cały czas jednak wrażenia z dnia nie dają mi spokoju. Wszechobecne w miastach rowery świetnie wpływają na kondycję Holendrów, zmniejszają korki w miastach, ale w efekcie wypełniają całą dostępną powierzchnię. Wszędzie dostępne są ścieżki rowerowe, specjalne łodzie będące wyłącznie parkingami dla rowerów i oczywiście tysiące rowerów tworzy swego rodzaju zaburzenie równowagi znanej z innych miast. Z pewnością też ich liczba nie wpływa na poprawę estetyki – dobrze to obrazuje nasz spacer po Groningen kolejnego dnia.

Zdecydowanie 2 i pół dnia na porządne zwiedzenie kraju to o wiele za mało, nawet jeśli kraj ma powierzchnię niewiele ponad 15% większą od województwa mazowieckiego. Moim zdaniem wystarczy jednak by poczuć charakter kraju i jego mieszkańców. Ekonomicznie zauważalnie bardziej rozwiniętego od Polski. Narodu żyjącego według ściśle ustalonych zasad i w zgodzie ze środowiskiem naturalnym, narodu o charakterach stonowanych i niezbyt ekspresyjnych, ale pewnych siebie, o umysłach otwartych, ale powściągliwych. Dbających o detale, z dużym poczuciem estetyki, ale mających odwagę na podejmowanie często powszechnie trudnych do zaakceptowania decyzji, takich jak zalegalizowanie eutanazji, małżeństw homoseksualnych czy miękkich narkotyków. Ludzi żyjących w kraju niezbyt atrakcyjnym geograficznie, równinnym, z ciągłym niedoborem słońca i często występującymi opadami, w znacznej części położonym poniżej poziomu morza i przez to wymagającym od mieszkańców dużo więcej wysiłku. Kraj zdecydowanie przypadł nam do gustu i chętnie zostalibyśmy jeszcze dłużej. My jednak mamy już w głowie nadzieję na mocne wrażenia kolejnych dni – zaplanowanego pobytu w niemieckim parku rozrywki Hansa-Park, ale to już materiał na kolejny artykuł.

Żegnamy Holandię jakże charakterystycznym dla tutejszego krajobrazu akcentem.

 

Udostępnij artykuł: